odkrywca Nowej Fundlandii ★★★ GODARD: Jean-Luc, reżyser nowej fali ("Do utraty tchu") ★★★★★ MAORYS: tubylec z Nowej Zelandii ★★★ PAPUAS: tubylec z Nowej Gwinei ★★★ CHABROL: Claude, reżyser nowej fali ★★★★★ MAORYSI: tubylcy z Nowej Zelandii ★★★ PAPUASI: tubylcy z Nowej Gwinei ★★★ RESNAIS: Alain TVN24 Świat. Fragmenty nagrania z ataków białego supremacjonisty na meczety w Nowej Zelandii prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan wykorzystał w niedzielę podczas swego wiecu wyborczego. W palma dająca mączkę, podstawa wyżywienia na Nowej Gwinei ★★★★★ PAPUA: zach. część Nowej Gwinei ★★★ CABOTO: odkrywca Nowej Fundlandii ★★★ GODARD: Jean-Luc, reżyser nowej fali ("Do utraty tchu") ★★★★★ MAORYS: tubylec z Nowej Zelandii ★★★ PAPUAS: tubylec z Nowej Gwinei ★★★ CHABROL: Claude rodzaj jadowitych węży z rodziny zdradnicowatych, wyst. w Australii: australoidalny: typ antropologiczny należący do odmiany czarnej z Australii i Oceanii: bowenia: 2 gatunki wiecznie zielonych roślin z lasów pn.-wsch. Australii: nabak: krzew kolczasty z rodziny szaklakowatych rosnący w Azji, Afryce, Australii: Cooma: miejscow. w Udostępnij. 18.04.2023, 15:36 | czytano: 9520. Już jest. Przyleciał z Nowej Zelandii (zdjęcia) NOWY TARG. Załoga w składzie kapitan Gabriel Batkiewicz i pierwszy oficer Tomasz Wróbel wylądowała na nowotarskim lotnisku. Przebazowali samolot, który służyć będzie skoczkom spadochronowym. zdj. Hawks, drużyna NBA · najgłębsze jezioro świata · widoczne, gdy deficyt · wawelski gobelin · tubylec z Nowej Zelandii · kolor w kartach · resztka po ziemniaku · oklaski na stojąco · duży deszcz · unieruchomienie pojazdu na dłużej niż 1 min. · włoska telewizja · ocenia konkurs · Wolfgang Amadeusz · przed zasiewem Określenie "tubylcy z Nowej Gwinei" posiada 1 hasło. Inne określenia o tym samym znaczeniu to żyją w Nowej Gwinei; ludność Nowej Gwinei; autochtoni z Nowej Gwinei; rdzenna ludność Nowej Gwinei; zamieszkują Nową Gwineę. nielot » kiwi z lasów Nowej Zelandii. nielot » kiwi, emu lub dront. nielot » kiwi, struś lub kazuar. nielot » kiwi, struś lub pingwin. nielot » młody ptak jeszcze nie lotny lub ptak dorosły w okresie pierzenia się. nielot » młody, nielotny ptak. nielot » na przykład kiwi. nielot » niefruwający ptak system piąta w greckim alfabecie · ruch rel. w Kościele wschodnim · najmłodsza era w dziejach Ziemi · muzułmański przywódca religijny · płacone przez kraj podbity · pierwiastek, lantanowiec · obok mejozy · tubylec z Nowej Zelandii · renesans · pity z tonikiem · imię Warhola, twórcy pop-artu · zieleń w mieście · krzew o zimotrwałych, wonnych liściach · największa Wśród większości podróżujących do Nowej Zelandii - Półwysep Coromandel wymieniany jest jako jedno z najważniejszych miejsc do odwiedzenia na wyspie północnej. A jeśli już się jest w północno-wschodniej części północnej wyspy to koniecznie trzeba zobaczyć Cathedral Cove. To skalne okno lub jak kto woli skalny prześwit, którym można przedostać się na cudowną ale też uJPM4km. Pompilidae – Nastecznikowate Głowa żółtopomarańczowa. Tułów smoliście czarny. Odwłok dwubarwny, czarnopomarańczowy – zakres barwy pomarańczowej bardzo zmienna, jednak przynajmniej wierzchołek odwłoka niemal zawsze jest pomarańczowy. Uda czarne u nasady, poza tym nogi żółtopomarańczowe. Skrzydła silnie, pomarańczowo przyciemnione; wierzchołki skrzydeł bez czarnych plam. Queensland – Cornet Fot. Len deBeer Zasięg. Wykazywany z całej Australii oraz z Nowej Zelandii Biotop. Nasłonecznione skraje lasów, łąki, piaszczyste tereny otwarte Wymiary. Długość ciała do 35 mm; samce nieco mniejsze od samic Aktywność. Apogeum pojawu od października do maja Lokalizacja. Australia. W Polsce nie występuje Pokarm. Nektar, pyłek, spadź. Dla larw samice łowią pająki z rodzin Sparassidae i Lycosidae Dla każdej larwy samica przynosi tylko jednego pająka Podobne. U Cryptocheilus autralis wierzchołki skrzydeł są czarne Uwagi. Autor obserwacji – Len deBeer Queensland – Emerald ♀ ze złowionym pająkiem Fot. Len deBeer avidal Noworoczny wyjazd co prawda nie był nastawiony na nurkowanie, ale sprzęt poleciał z nami... ...Poleciał głównie z myślą o dzikich delfinach, które niestety nie były zainteresowane ścigającym ich dzikim tłumem turystów :D Ale co się odwlecze to nie uciecze i kiedyś będzie nam dane :) Ale będzie jazda... i to by było na tyle :D najbliżej delfina (2 metry) była Pati, ale nawet o tym nie widziała, bo widoczność była 1-2 metry :D Niespodzianką okazało się Taupo, przy którym przypadkiem postanowiliśmy zrobić przerwę... Taupo, jak się szybko dowiedzieliśmy dzięki podarowanemu nam przypadkiem mobilnemu internetowi, okazało się największym jeziorem Oceanii, położonym w centrum Wyspy Północnej Nowej Zelandii. Nie było innej opcji jak sprawdzić co kryje ten słodkowodny zbiornik :) Jezioro znajduje się w wielkim zagłębieniu, w szczytowej części superwulkanu, którego ostatnia eksplozja miała miejsce ok. 26,5 tys. lat temu. Co nas zaskoczyło najbardziej? Fantastyczna widoczność sięgająca 20m, czarny wulkaniczny pył na dnie i brak czegokolwiek innego :) W każdym razie taka widoczność i głębokość 186m! sprawiają, że głębokościowe mistrzostwa Nowej Zelandii we freedivingu odbywają się właśnie tam, szkoda, że nie podczas naszej podróży: ( Filmik z ostatnich zawodów tutaj Podczas wyjazdu czas gonił, więc udało się jeszcze odwiedzić jedno jezioro Lake Hāwea, które z powierzchni niestety robiło większe wrażenie. Okazało się po prostu takim naszym Zakrzówkiem, z powalonymi drzewami. Jest to jezioro polodwocowe o głębokości sięgającej 392m! Lake Hāwea Podsumowując... w NZ jest wiele ciekawszych rzeczy do robienia niż freediving, sorry Will :P A jeżeli tubylec o wodzie z widocznością kilku metrów mówi nam, że to najlepsze miejsce do nurkowania na świecie (ciekawe czy był na Malcie?) to się odechciewa szukać dalej. Drugą sprawą są, dziwne zbiegi okoliczności towarzyszące naszym wejściom do wody. W Taupo dzień po nas w jeziorze rozbiła się awionetka, 5 minut po naszym wyjściu z Hāwea, przez nasze miejsce przepłynęła łódź ciągnąca za sobą kilkanaście wypuszczonych wędek, a za trzecim razem ze skałą zderzył się jetboat, którym zasuwaliśmy przez kanion trzy godziny wcześniej. Do czterech razy sztuka? PJ FREEDIVING Autorzy blogaJacek Master Instruktor Freedivingu AIDA i aktywny zawodnik Pati support / social media / herbatka :) Nowa Zelandia 9 dniach dopłynęliśmy do Opua w Nowej Zelandii. To był mój pierwszy rejs po Pacyfiku. Około 1100 mil morskich po największej kałuży przybyciu celnika i odprawy imigracyjnej rozpoczęła się odprawa, która trwała godzinę. Wraz z odprawą paszportową i celną zrobiono odprawę ochrony środowiska. Wcześniejsze informacje się sprawdziły. Do Nowej Zelandii nie można wwozić nic z jedzenia nie przetworzonego. Wszystko co było z tym związane, zapakowali do wielkiego czarnego wora i zabrali, nawet nasze wcześniejsze worki ze śmieciami były nieodpłatnie utylizowane. Zabrali nam owoce, warzywa, jajka, miód, nawet ciecierzycę. Sprawdzali też jacht, zaglądając w różne zakamarki, ale w sumie raczej pobieżnie i niezbyt dokładnie. Gdy zajrzeli do jednej z kajut, gdzie było baaaardzo dużo rzeczy, od razu facet zamknął i nie miał zamiaru tam wizy na 3 miesiące i z całym workiem łupów odprawa opuszcza pozostało nam zrobić obiad z tego co zostało i ruszyć na ląd na zakupy. Po zjedzeniu tuńczyka, którego dwa dni wcześniej złowiliśmy przestawiliśmy się na kotwicowisko. Nie było to łatwe zadanie, bo cała zatoka dość płytka. Jachtów stojących na kotwicy sporo, więc i miejsca mało. Rzuciliśmy kotwicę wzdłuż toru wodnego utrzymując dziób na wschód. Niestety, kotwica ciągnęła się po dnie. Po nieudanej próbie kotwiczenia obok toru wodnego, zakotwiczyliśmy centralnie na torze wodnym. Oczywiście nie jest to zgodne z prawem wodnym, ale nie byliśmy jedyni, a zakotwiczyć nie było gdzie. Widocznie tam i takie zwyczaje, bo nikt się nie czepiał, a i ruch był tam prawie portowym Yacht Clubie, gdzie codziennie zbierają się miejscowi i przyjezdni żeglarze wypiliśmy pierwsze zimne piwko w Nowej Zelandii. Porozmawialiśmy z obsługą i zamówiła nam taxi, żebyśmy mogli pojechać na zakupy do pobliskiej miejscowości – Paihia. Gdy kończyliśmy piwko, w drzwiach pojawił się rudawy tubylec Paul, który był naszym 20 miejscowych dolarów zawiózł nas do Paihia. Najpierw zlokalizowaliśmy bankomat, potem sklepy, a następnie udaliśmy się na małe zwiedzanie i miejscowe wypoczynkowa, sporo turystów, jakieś imprezy z muzyką na żywo, ciepło, przyjemnie, czuliśmy się jak w raju – cokolwiek to oznacza i jak tam zrobieniu zakupów w ostatnim sklepie zakupiliśmy jeszcze karty do Internetu i spytaliśmy o autobus do Opua. Niestety nie ma takiego, a jedyny środek lokomocji to taxi. Wobec tego prosimy o numer na taxi. Dostajemy numer i okazuje się, że to numer do Paula. Tak, tu tylko Paul ma taxi otrzymujemy w odpowiedzi. Zatem dzwonimy do Paula i za 15 minut jest po nas. Wracamy na jacht, kolacja i pierwsza noc w nowym kraju, w cudownym kraju, który od następnego dnia zamierzamy intensywnie w trójkę, że nie będziemy patrzeć w necie co i gdzie jest, będziemy szli gdzie nas oczy grudnia 2015, po śniadaniu płyniemy dingi do pomostu przy Opua Cruising Club, zabieramy plecaki z piciem i robimy wypad na ląd. Najpierw odwiedzamy miejscowy sklep z artykułami żeglarskimi i wędkarskimi. Potem natrafiamy na mały sklep spożywczo-warzywno-cukierniczy. Kupujemy kawę i ciacho. Pyszne, jak domowe. Kawa wyśmienita. Idziemy dalej i trafiamy na prom, który przewozi auta i ludzi na drugą stronę – na półwysep. Cena 2 dolary nowozelandzkie od głowy w obie strony. Czas płynięcia 5 minut. Wysiadamy, idziemy przez siebie. Po kilkudziesięciu metrach okazuje się, że doszliśmy do Okiato – pierwszej stolicy Nowej Zelandii. Idziemy dalej. Dochodzimy do historycznego rezerwatu w Okiato. Miejsce zapierające dech w piersiach. Mieszkający tam ludzie w swoich domach mogą się czuć niezwykłymi szczęściarzami. Magia tego miejsca jest wręcz nie do mały odpoczynek na ławce pośród niesamowitej zieleni z widokiem na ocean i aż nie chce nam się iść dalej, by nie opuszczać tego miejsca. Niestety, czas jest nieubłagany, nie możemy tam zostać wiecznie i chcemy zobaczyć więcej cudownych w dół do zatoczki oceanu. Następne cudowne miejsce z plażą na której leży tysiące muszli ostryg. Idziemy kawałek plażą, robimy kilka fotek i wracamy na górę. Odnajdujemy szlak leśny przez rezerwat Kiwi. Idziemy cudownym starym lasem z drzewostanem niczym z Indiany Jones. Robimy kilka fotek na ogromnych drzewach. Pniemy się tym leśnym szlakiem w górę, nie jest łatwo, ale tempo mamy dobre i kondycję jeszcze ok. półtorej godzinie wychodzimy na drogę asfaltową i idziemy w kierunku oceanu. Zauważamy szyld jakiejś knajpy. Okazuje się, że to winiarnia. Przyspieszamy w nadziei, że uda nam się może coś zjeść i napić. Dochodzimy do celu i okazuje się, że to cudowna winnica Omata Estate na wzgórzach półwyspu. Wzgórza te były widoczne, gdy wpływaliśmy do zatoki, ale teraz zobaczyliśmy to z bliska. Widziałem już kilka winnic w życiu, ale ta to perfekcja w każdym calu. Od idealnie przyciętych winorośli, poprzez zabudowania, salę konsumpcyjną z tarasem do niesamowitego położenia na samym szczycie wzgórza z niesamowitym widokiem na doszliśmy na miejsce było kilka minut przez i pani nam powiedziała, że zaraz zamyka. Byliśmy zasmuceni, bo mieliśmy ochotę na spróbowanie wina, które tam produkują. Gdy pani się dowiedziała, że my przypłynęliśmy z Polski, była ogromnie zdziwiona i stwierdziła, że to przecież na drugim końcu świata i że zostanie dłużej i zaprezentuje nam degustację. Degustacja wszystkich win kosztuje 5 dolarów nowozelandzkich, a jeśli kupuje się potem jakieś wino, odliczają to od ceny butelki. To była uczta dla podniebienia i kubków smakowych. Niesamowite wina, jedno lepsze od drugiego. Żałowaliśmy tylko jednego, że tak późno tam drodze powrotnej na prom szliśmy już drogą asfaltową, żeby nie spóźnić się na prom. W przeciwnym razie droga na druga stronę byłaby chwili, gdy pomyślałem, aby kogoś zatrzymać, o tym samym pomyślała Patrycja i machnęła ręką, Za 3 sekundy zatrzymało się auto. Okazało się, że to pani z winnicy. Zabrała nas do swojego malutkiego auta i wraz z jej opowiadaniami o okolicy ruszyliśmy w drogę już mieliśmy większe pojęcie, co dalej zwiedzamy. Musieliśmy tylko zlokalizować gdzie i jak wypożyczyć auto i w drogę na zwiedzanie tej cudownej zielonej wyspy. Jeszcze tego samego wieczora Huzar wyszperał w necie namiary na kogoś, kto nam na drugi dzień przyprowadzi auto. Wellington – Picton – Kaikoura – Akaroa – Arthur’s Pass NP – Paparoa NP – Westland NP – Wanaka – Queenstown – Fiordland NP – Milford Sound Rano wstajemy o świcie i meldujemy się o 6:30 na przeprawie promowej. Załadunek na prom trwa około godziny, po czym udajemy się na pokład pasażerski, gdzie TV na bieżąco relacjonuje akcję ratowniczą z Chrischurch. Tutaj dopiero widzimy rozmiary tragedii jaka dotknęła to miasto. No cóż za 2 dni będziemy przejeżdżać przez Christchurch, choć nie bardzo wiemy jeszcze jak, bo z relacji telewizyjnych dowiadujemy się, że rząd wprowadził stan wyjątkowy, a wojsko zamknęło dostęp do centrum miasta. Po około 4 godzinach dopływamy do Picton – portowego miasteczka na Wyspie Południowej. Tutaj żegnamy Maćka i Darię, którzy z racji krótszego pobytu w Nowej Zelandii jadą inną trasą i wyruszamy do Kaikoury. Droga biegnie cały czas wzdłuż wybrzeża południowego Pacyfiku, ruch jest znikomy, jedzie się dosyć sennie, co chwile pada deszcz. Wreszcie dojeżdżamy do starej wielorybniczej osady jaką była Kaikoura. Obecnie nie poluje się już na te olbrzymie ssaki, kwitnie za to turystyka, można za całkiem pokaźne pieniądze wyruszyć w rejs żeby poobserwować z bliska wieloryby. Zniechęceni wysoką ceną i kiepską pogodą udajemy się tylko na pobliski półwysep, który zamieszkuje spora kolonia fok. Zwierzęta leniwie wylegują się na skałach i są dosłownie na wyciągnięcie ręki. Wspinamy się też na pobliski klif, skąd roztacza się niezły widok na okolicę. Pogoda cały czas jest beznadziejna, dlatego postanawiamy pojechać jeszcze bardziej na południe w pobliże Christchurch i tam zanocować na jednej z plaż. W mieście ustawiamy się w sporej kolejce za benzyną, która zaczyna być towarem deficytowym. Jak się wkrótce okaże, to ostatnia czynna stacja w promieniu 200 km od strefy dotkniętej kataklizmem. Po napełnieniu baku do pełna tego samego dnia dojeżdżamy do Amberley Beach, gdzie lokujemy się na darmowym polu biwakowym. Piękny słoneczny poranek spędzamy pośród olbrzymich fal, zażywając kąpieli w oceanie. Niestety nie da się specjalnie pływać, gdyż fale są za duże i miotają człowiekiem w każdą stronę. Odświeżeni ruszamy do Christchurch. Tak jak spodziewaliśmy się do centrum wjechać się nie da, omijamy miasto zatem nieco od południa i udajemy się na półwysep do Akaroa. Po drodze mijamy kilkanaście pustych stacji benzynowych i sklepów, w których widnieją kartki informujące, że z powodu trzęsienia ziemi art. spożywcze są racjonowane. Pewnie i tak jest, choć rzeczywistość wygląda tak, że wszystko, co tylko nadaje się do jedzenia zostało wykupione na pniu, a nowe dostawy będą nie wiadomo kiedy. Na szczęście udaje nam się dostać w piekarni trochę chleba, który przez kolejne 2 dni jest naszą podstawą żywieniową. W Akaroa spacerujemy po nieco wymarłym, acz niezwykle malowniczym francuskim miasteczku. Następnie przejeżdżamy przez góry do Okains Bay, gdzie zostajemy na noc na jedynym w okolicy kampie. Miejsce jest niesamowite, stoi tutaj sporo przyczep i namiotów, ale nie ma żadnych ludzi. Możliwe, że obozowali tutaj głównie mieszkańcy Christchurch, którzy po trzęsieniu ziemi wrócili do miasta by ratować swój dobytek. Sama zatoka jest bardzo ładna z piaszczystą plażą, nie ma tu wielkich fal, można swobodnie pływać. Tylko ta nienaturalna cisza i pustka dookoła... Rano pogoda znowu płata nam figla – deszcz towarzyszy nam praktycznie przez całą drogę. Jednak nie to jest naszym największym zmartwieniem. Wskazówka pokazująca poziom paliwa nieuchronnie zmierza do zera, a każda mijana stacja jest zamknięta na cztery spusty. Sytuacja zaczyna robić się naprawdę nieciekawa, utknięcie na kilka dni na jakiejś nowozelandzkiej prowincji nie jest naszym wakacyjnym spełnieniem marzeń. Wreszcie prawdziwy cud – znajdujemy maleńką stację na której jest benzyna. Co za ulga, możemy kontynuować podróż przez Alpy Południowe na zachodnie wybrzeże. Około południa osiągamy Arthur’s Pass – wysoko położoną przełęcz (922 mnpm), niestety całą skrytą w deszczowych chmurach. Tuż za przełęczą na drodze nr 73 przejeżdżamy przez niezwykle widokowy wiadukt Otira długości 440 m i wysokości 40 m. Tutaj też mamy możliwość pierwszy raz z bliska przyjrzeć się niezwykle wścibskim papugom Kea, które obskubują uszczelki stojącego samochodu patrolu policyjnego. Papugi są przepiękne i pod ścisłą ochroną, ale trzeba na nie bardzo uważać, gdyż swoimi dziobami potrafią pozbawić auta wycieraczek i wszelkich gumowych elementów. My tymczasem zjeżdżamy z przełęczy i niezwykle malowniczą drogą dojeżdżamy do wybrzeża, gdzie kierujemy się najpierw na zakupy do Greymouth, a potem do pobliskiego Parku Narodowego Paparoa (wstęp wolny), słynącego z niezwykłych formacji skalnych, zwanych naleśnikowymi. Nazwa bierze się z budowy tych skał, które wyglądają jak warstwa kilkudziesięciu położonych na siebie placków. W wielu miejscach ocean wydrążył w nich liczne kanały przez które woda morska tryska jak z gejzerów na wysokość kilku metrów. Ogólnie miejsce rewelacyjne, a ponieważ zostawaliśmy na noc w Punakaiki, to stwierdziliśmy, że skoro widzieliśmy pancakes w promieniach zachodzącego słońca to z chęcią zobaczymy je również o wschodzie. Na nocleg obieramy sobie mały i przytulny parking za Punakaiki z widokiem na klify i ocean. Rano podczas przygotowania śniadania towarzyszą nam nieloty zwane wekami, które jak zahipnotyzowane obserwują każdy nasz ruch. Moment nieuwagi i jedna spryciula kradnie nam ze stołu gotową kanapkę, z którą ile sił w nogach ucieka w krzaki. Taka śmieszna, śniadaniowa przygoda z samego rana nastraja nas pozytywnie i w doskonałych humorach zaliczamy jeszcze raz pancakes i ruszamy w dalszą drogę na południe wyspy do Franc Josef Glacier. Tuż przed celem podróży skuszeni ładnymi widokami, zbaczamy z głównej drogi i dojeżdżamy do parkingu u podnóża doliny, skąd roztacza się wspaniały widok na lodowiec. Od razu podchodzi do nas tubylec z ofertą przelotu nad Alpami helikopterem. Jednak cena wydaje nam się mocno wygórowana i grzecznie dziękujemy za tego typu usługę. Okazuje się, że był to strzał w dziesiątkę, gdyż po chwili znowu zostajemy zagadani przez tego samego człowieka, który proponuje nam przelot za 165 NZD od osoby, co jest ceną niższą o 100 dolarów od pierwotnej. Zniżka wynikała z tego, że helikopter jest 4 osobowy i do kompletu brakowało im dokładnie dwóch osób. Wrażenia z 20 minutowego lotu trudne są do opisania. Widoki wspaniałych strzelistych szczytów przykrytych śnieżną czapą zapierały dosłownie dech w piersiach. Mamy też okazje spojrzeć na lodowiec Franc Josef z góry i przelecieć w pobliżu Mt Cook. Żałując, że lot trwał tak krótko, równocześnie cieszymy się, że daliśmy się namówić na taką w sumie ekstrawagancką i niezaplanowaną eskapadę. Za chwilę ponownie jesteśmy przy lodowcu, do którego z maleńkiej mieściny Franc Josef Glacier idziemy jakieś 30 min. Wśród tłumu turystów, nie wygląda już tak efektownie jak przed momentem, kiedy patrzeliśmy na niego lecąc helikopterem. Zresztą do samego lodowca nie można nawet podejść – liczne tablice ostrzegawcze i wycinki artykułów z gazet informują o niebezpieczeństwach jakie czyhają na nieuważnego turystę. Dalej można iść tylko z przewodnikiem i odpowiednim wyposażeniem w raki i czekan. Rzecz jasna za nie małą opłatą. Wracamy zatem do miasteczka, gdzie po spożyciu klasycznego Fish&Chips udajemy się na pobliski kamping Otto/MacDonalds Campsite. Nazajutrz wstajemy dość wcześnie rano z dwóch powodów – żeby nie spotkać się z rangerem i żeby móc podziwiać panoramę Alp z jeziora Matheson. Miejsce to słynie ze wspaniałych widoków gór, które odbijają się w tafli wody niczym w lustrze. Wczesna pora gwarantuje słoneczną pogodę i tym samym najlepsze widoki. I rzeczywiście jest co podziwiać, choć lekka bryza sprawia, że tafla jeziora jest pomarszczona przez małe fale. Z Franc Josef Glacier udajemy się do drugiego miejsca, w którym lodowiec schodzi bezpośrednio do lasu czyli do Fox Glacier. Widoki bardzo podobne jak w dniu poprzednim, nie są już w stanie nas specjalnie zaskoczyć, dlatego też wyruszamy dalej do Wanaki. W obrębie miasta i najbliższej okolicy nie udaje nam się znaleźć, żadnego miejsca do darmowego spania – wszędzie widnieją zakazy biwakowania, więc decydujemy się przenocować na kampingu w pobliskim Albert Town. Rano znów zbieramy się skoro świt, odwiedzamy miejscowe muzeum iluzji i jedziemy dalej na południe, by w drodze do Queenstown zatrzymać się na pierwszy w życiu skok na bungee z Kawarau Bridge. To tutaj rozpoczęło się światowe komercyjne skakanie. I rzeczywiście istna masówka, która wygląda tak, że podjeżdża wycieczka autokarem, z której wysypują się chętni na skok, płacą (180 NZD), wypisują ankietę, są ważeni i heja w dół. Przed nami było tylu chętnych, że musieliśmy czekać godzinę w kolejce. Wreszcie nadeszła pora na nas. Ubrany w uprząż ze spiętymi nogami stanąłem na krawędzi 43 metrowego mostu. 3, 2, 1 JUMP! Przed skokiem poprosiłem instruktorkę, która wpinała mnie w liny, że chcę dotknąć palcami wody w rzece. I to była dosłownie chwila, nie mam pojęcia czy udało mi się jej dotknąć czy też nie. Wrażenia niesamowite, adrenalina maksymalna. Po skoku z dołu lecę szybko na górę po aparat foto i znów w dół, żeby zrobić zdjęcie Asiuli, która skacze zaraz po mnie. Dziewczyna bez cienia strachu wybija się wspaniale z mostu i leci tak jakby to robiła codziennie. Prawdziwy zuch. Zadowolona wraca na górę, przybijamy żółwika i wiemy, że to na pewno nie był nasz ostatni skok… W niedalekim Queenstown parkujemy pod kolejką gondolową, którą zresztą jedziemy na górę (bilet w dwie strony 25 NZD), podziwiać panoramę miasta i okolicy. Tutaj też można oddać skok na bungee, ale nam tego typu wrażeń na jeden dzień wystarczy. Trochę szwendamy się po w sumie dość ładnym miasteczku, robimy zakupy w hipermarkecie i późnym wieczorem ruszamy dalej na południe, po drodze zatrzymując się na nocleg w jakimś ustronnym miejscu. Rano kontynuujemy podróż w stronę Fiordlandu, w Te Anau stajemy w zasadzie tylko na tankowanie i dojeżdżamy do przedostatniego przed Milford Sound kampingu DOC – Upper Eglinton Campsite. Niestety jakimś dziwnym niedopatrzeniem nie doczytałem w broszurce DOC, że na tych kampingach można palić ogniska w specjalnych paleniskach. Jak to tak – biwakować z piwkiem bez jakichkolwiek pyszności z grilla? Może to i głupie, ale wracamy do najbliższego (bagatela tylko 71 km) sklepu w Te Anau, gdzie dokonuję zakupu odpowiednio przygotowanych steków, po czym wracamy na kamping. Rozpalamy grilla i tak przyjemnie mija nam wieczór, przy piwku i stekach. Tę sielankę zakłóca ranger, który sprawdza opłaty za kamping, chcąc nie chcąc uiszczamy odpowiednią kwotę za nocleg i wracamy do grillowania. Wieczór dodatkowo umila nam maleńki ptaszek miromiro, któremu rzucamy okruszki bagietki. Wesołym ćwierkaniem dopomina się kolejnej porcji, a jego śpiew słyszymy potem jeszcze długo w nocy. Poza tym zaczyna lać i niestety pada cały następny dzień. Tak to już jest z Fiordlandem, że pada tu średnio 180 dni w roku a roczne sumy opadów przekraczają 8000 mm!!! strona 1 | 2 | 3 | 4 | 5

tubylec z nowej zelandii